Skrót poprzedniego postu:
W pierwszej części pisałem o tym, jak płacz nie musi być oznaką klęski. Że można płakać z podniesioną głową, z godnością, bez potrzeby chowania się.
Zobacz cały wpis tutaj: Płakać z podniesioną głową
Bywa, że jedyne, co nam zostaje, to płakać — ale nie w kącie. Nie w pozycji embrionalnej. Nie jak ktoś, kto prosi o litość.
Ale jak ktoś, kto uznaje stratę i nie rezygnuje z siebie.
Bo teraz wiemy więcej.
To, co dwa lata temu było osobistym odkryciem – dziś potwierdza neuropsychologia: ciało karmi psychikę. Postawa wyprostowana, nawet w chwilach największego bólu, nie tylko chroni nas przed rozpaczą — ale daje naszemu mózgowi sygnał: „jestem w tym, ale nie jestem połknięty”.
Ciało migdałowate, odpowiedzialne za reakcje lękowe i stresowe, reaguje intensywnie na emocje. Ale postawa, oddech, spojrzenie — są jak bezsłowne mantry. Działają. Uspokajają. Zwracają ciało do tu i teraz.
To nie teatr. To praktyka.
To nie udawanie siły. To gest szacunku do samego siebie.
Propozycja praktyki
Gdy czujesz, że zaraz pękniesz:
- Zatrzymaj się. Oddychaj.
- Nazwij emocję. Płacz nie jest jednolity.
- Powiedz sobie: Płaczę, bo… i dokończ. Bez cenzury. Usłysz samego/samą siebie.
- Za czym tęsknisz? Co stracił_ś? Co cię boli?
- Poczuj to. Nie obwiniaj się. Puść.
- Podnieś głowę. Spokojnie. Z pokorą. Dla siebie.
I zobacz, co się stanie.
Uzupełnienie praktyki: rycz z podniesioną głową, brnąc przez zaspy, głodny i w mrozie. Nie polecam robić tego robiąc drewno, czy prowadząc samochód.
PS
Nie jesteś sam. Nie jesteś niedokończon_. Jesteś w drodze.
I możesz płakać.
Z podniesioną głową.


Dodaj komentarz