
Patrzę uszami
Dźwięk prowadzi mnie przez życie odkąd pamiętam. W podstawówce bawiłem się w nagrywanie muzyki z telewizora na radiomagnetofon Grundig. Potem jeździłem rowerem do kolegi do sąsiedniej wsi, łączyliśmy magnetofony i próbowaliśmy robić loopy.
Potem dostałem stary magnetofon szpulowy i odkryłem, że jak się wciśnie pauzę, to można na nim skreczować. To musiał być jakiś 87 rok, bo to wtedy poznałem Beastie Boys. Ale to temat to zupełnie inną historię.
Dzisiaj, moja muzyka brzmi mniej więcej tak:
Kiedy mieszkałem w Dubaju, pojechałem na bębnienie przy pełni Księżyca, na pustyni. W jakieś 40 osób. Przy ogniu. W pewnym momencie któryś centralnie zainstalowanych czarnoskórych machnął do mnie zapraszająco. To była jedna z najlepszych nocy w moim życiu. Po której przez dwa dni nie mogłem ruszać palcami.
Zdarzało mi się zagrać na imprezie (przez chwilę współtworzyłem kolektyw DJski SubLevel2, ale to temat na osobną historię), czy zremiksować komuś kawałek. Zrobiłem kilka remiksów dla zespołu Diszobaaba, czy Masala Soundsystem, ale i ta największym osiągnięciem do tej pory jest zrobiony nielegalnie remiks Yamayki 5’Nizzy.
A potem, w dziesiąte urodziny mojego syna pierwszy raz skutecznie zagrałem na didgeridoo. Instrument ten towarzyszył mi od lat, prześladował mnie i kleił się do mnie. Regularnie grałem na żywo podczas Sesji Oddechowej prowadzonej przez Ewę Mikołajczak – moją nieocenioną nauczycielkę
i przyjaciółkę (mogę Cię tak nazwać?).
Poznawszy terapeutyczną siłę dźwięku didgeridoo, gongów, mis – postanowiłem pogłębić wiedzę
w tym zakresie. Czakry, organy, tkanki, częstotliwości, rezonans. Owocem tych poszukiwań jest jak do tej pory fanpage I AM SOUND na Facebooku. Ale nie dzieje się tam wiele.
Przez ostatnie 20 lat używam do produkcji Ableton Live i znam go właściwie na pamięć.
Gram koncerty, wystawy,
uczę produkcji w Ableton Live
i gry na didgeridoo.
Na deser, mój największy bootleg, stworzony w dniu pogrzebu mojego ojca:
