Ja mam zupełnie gdzie indziej zawieszoną poprzeczkę poczucia tak zwanego krindżu, czyli zwijania się palców u stóp z towarzyszącą temu gęsią skórką.
Rozpoznałem to uczucie, słuchając Majki Jeżowskiej.
Potem oglądając aktorskie osiągnięcia Keanu Reeves’a.
Ja to nazywam filtrem autentyczności. Tak jak osoby z zaburzeniami neurologicznymi – nie widzę roli, tylko aktora. Moje ciało poza wolą reaguje na jakąkolwiek niespójność słów i mimiki.

W sensie, albo widzę rolę, albo aktora, który ją gra.
Łatwo jest mnie okłamać – ale nie da się tak mnie okłamać, żebym nie wiedział, że jestem okłamywany.

I właśnie to uczucie towarzyszyło mi przez 90% czasu oglądania Projektu Hail Mary.
Bo Rajan Gąska jest w moim odczuciu tak samo chujowym aktorem jak Keanu.
Albo nawet gorszym – bo nie gra na gitarze i nie jeździ na motocyklu.
Piękny, póki ma minę durnego psiaka i widnieje na plakacie do “Drive”.

To była pierwsza bariera – ścierpieć Goslinga, żeby móc skupić się na historii.

Ale tego z kolei nie ułatwia ani scenariusz, ani reżyseria.
Postać “wybitnego naukowca”, który jednocześnie jest wybitnym debilem i kompletną fajtłapą, pokazany w jakiś Bessonowski, slapstickowy sposób.
To jego plątanie się w uprzęży, to potykanie się o własne nogi.

I jedna refleksja, która sprawiła, że westchnąłem. Kiedy Rajan mówi do siebie “Mają mnie za idiotę”. Tak, Rajanku. Podziękuj scenarzyście. Jesteś debilem, który nie potrafi znaleźć własnego rozporka i założyć kasku przodem do przodu…

Tym bardziej, z każdą minutą, przecierałem moje “wewnętrzne oczy” ze zdumienia, jak ktokolwiek przy zdrowych zmysłach może porównywać to gówno do “Interstellar”?
Na jakim, przepraszam, poziomie? Według jakich kryteriów?

“Piąty element” – może. “Armageddon”, ewentualnie.
Ale nawet jak myślę o filmach takich jak “Space” czy “Life” – to ten film może im tornister nosić.
To jest zupełnie inna klasa kina. Jakby ani scenarzysta, ani reżyser, nie mogli się zdecydować co do gatunku filmu. Tu wzrusz, tu slapstick, tutaj tania komedia, tu zaraz wszyscy umrą, a tu znowu żarcik.

Interstellar, bo co? Bo człowiek leci w kosmos na długo?
Bo jest sekwencja, kiedy światełka migają, jak w Odysei Kosmicznej 2001 Kubricka?
No kurwa, zlitujcie się.

Ja uważałem na fizyce i pamiętam stany skupienia materii. To wyjaśnij mi, w jaki sposób gaz szlachetny zmienia się w metal w podwyższonej temperaturze i utrzymuje w zwykłym ciśnieniu?

Weź porównaj choćby muzykę Zimmera z “Interstellar” z tym optymistyczno-popowym bitem, rodem z Beverly Hills 90210, kiedy Rajanek i Rocky… dobra, bez spojlerów.

Już? Czujemy niechęć?
To teraz flip.

Jeśli się tylko uwolnić od tego całego pastiszu i “cinema du look” – to nagle Hail Mary staje się świetną historią.

Mój osobisty i osobowościowy faworyt?

Oczywiście, Sandra Huller w roli Evy Stratt. Bo trudno orzec, czy Eva jest w spektrum autyzmu, ma PTSD czy coś innego.
Kocham takich ludzi.
Bo ja największą empatię to czuję wobec osób z autyzmem.

I ta scenariuszowa prawda, że “ludzie, którzy potrafią śpiewać, nienawidzą karaoke” jest mi cholernie bliska. Eva wchodzi na scenę, śpiewa “Sign of the times” Harry Styles’a. Jedną zwrotkę.
Tak, że włosy stają dęba i ciary przechodzą przez ciało.
A po pierwszym refrenie mówi “Dobra, styka” i wychodzi, wrócić do swojej samotności.
Mój człowiek. Lubię ludzi, którzy potrafią, ale nie chcą.

No i każda sceną z Evą uwalniała mnie od przeżywania roli Goslinga.

Ale… bo “ale” kasuje wszystko, co zostało napisane wcześniej… warto to coś obejrzeć do samego końca.

Bo jakimś sposobem udało się twórcom utrzymać równowagę między tym, co śmieszne, głupie, czy po prostu nienaukowe, a tym, co żywe, ludzkie, prawdziwe i wzruszające.
Do tego stopnia, że kiedy film się skończył, to moją pierwszą myślą było, że teraz muszę go obejrzeć od początku.

Jako wizualny cukierek w stylu “Lucy” czy “Chappy” – tak, w zupełności.
Doskonała, piękna rozrywka.

Tylko mi proszę nie mów, że to ma cokolwiek wspólnego z Interstellar, poza tym, że też dzieje się daleko w kosmosie.

Posted in